Problem z usypianiem

Gdy Julka przyszła na świat nie było żadnego problemu z usypianiem jej. Tak naprawdę to w ogóle nie trzeba było jej usypiać, bo sama zasypiała. Nawet po karmieniu i przewinięciu mogłam ją w nocy odłożyć do łóżeczka. W ciągu dnia też większość czasu spała. Niestety trwało to tylko parę tygodni. Odkąd przestała być noworodkiem, a stała się niemowlęciem usypianie jej to koszmar.

Od jakiegoś czasu staramy się codziennie kąpać ją o tej samej godzinie, żeby dzięki temu się nauczyła spokojnie zasypiać. Wyczytałam, że powinno się tak robić w internetowych poradnikach. Jednak na razie nie przynosi to żadnych rezultatów. Codziennie wieczorem jest ten sam problem. Nawet nakarmienie jej to była tragedia. Chwilę jedzenia, a potem płacz i krzyk. Na szczęście siostra poradziła mi, żebym nie zmuszała jej do jedzenia, tylko ululała, a potem dopiero nakarmiła. Jak na razie to działa. Jeśli nie chce jeść tylko krzyczy to biorę ją na ręce, a karmię dopiero po jakimś czasie. Jednak mimo, że zdarza jej się zasnąć w trakcie karmienia to zawsze po paru minutach się budzi. Często to mąż ją usypia i nawet jak zaśnie, kilka minut po odłożeniu się budzi. I tak to trwa około dwie godziny! Dopiero koło 22 zasypia już na dłużej. Nigdy nie wiem kiedy zaśnie głębszym snem i się po chwili nie obudzi. Nie wiem dlaczego akurat wtedy zasypia i w jaki sposób udało się to osiągnąć. Mam nadzieję, że wkrótce to się unormuje i zacznie zasypiać o stałej porze po kąpaniu.

W ciągu dnia zdarzy jej się przespać pełną godzinę, choć nie zawsze. Najczęściej śpi po 15-20 minut. Nie liczę czasu, który śpi na rękach, bo wtedy jestem uziemiona. Nie mogę nic zrobić w domu, bo jak tylko ją odłożę to zaraz się budzi. I znowu muszę ją brać na ręce chyba, że akurat się uda jej poleżeć. Postanowiłam dzisiaj napisać o tym usypianiu, ponieważ wczoraj mąż był na mnie zły i stwierdził, że to moja wina. Powiedział, że wszyscy mi mówili, że mam nie brać jej na ręce, bo się nauczy i trzeba będzie ją nosić. Wszyscy, czyli jego babcie. Stwierdził, że muszę ją tego oduczyć i jak płacze to mam nie wstawać, gdy mam ją na rękach. I sam wczoraj siedział i próbował dać smoczka, a Julcia mu płakusiała. Wytrzymał chyba z 30 sekund i wstał. Jednak to jej nie uspokoiło. Powiedziałam mu, że musi pochodzić z nią i już przy pierwszym kroku Julka przestała płakać. I o to właśnie się tak wkurzył. O to, że ją nauczyłam chodzenia. Na początku mnie to rozbawiło, ale potem sama się zdenerwowałam. Po pierwsze nie wyobrażam sobie, żebym miała siedzieć i słuchać jak płacze, przecież dziecko potrzebuje przytulenia. Po drugie to ja z nią wiecznie chodzę jak on jest w pracy, więc to ja będę się męczyć. Po trzecie sama jej tego nie nauczyłam, bo wszyscy ją biorą na ręce i tak uspokajają (nawet on tak robił tylko już nie pamięta).

Zastanawiam się, czy może jest jakaś sztuczka i da się zrobić, żeby dziecko od razu zasnęło po karmieniu. Może to ja robię coś źle. Jednak jak już wspomniałam wcześniej, nie umiałabym po prostu czekać aż się wypłacze. Nie mam serca. Zresztą podobno metoda z odłożeniem dziecka i czekaniem aż się samo uspokoi jest okrutna. Może u innych się sprawdziła, ale z pewnością ja jej nie wypróbuję. A tak poza tym to przecież nie noszę jej cały czas! Mam tylko nadzieję, że nie okaże się, że popełniłam błąd. Podobno matka wie, co najlepsze dla jej dziecka. Przekonamy się za jakiś czas.

Pozdrawiam.